DZIEŃ 24

Wulkan Pinatubo

I to mają być wakacje?

Budzik zaczął się drzeć o 4:00. Porażka jakaś. Miejmy nadzieję, że przygoda okaże się być warta takiego poświęcenia. Jest jeszcze ciemno, a my zbieramy się do wyjazdu. Pakujemy wszystko wg zaleceń organizatorów.

Ogarnięty organizator, to jest to

W mailu od firmy organizującej otrzymaliśmy dokładny opis dojazdu, łącznie z namiarami GPS, oraz listę rzeczy, które powinniśmy zabrać. Zabieramy więc: pałatkę, gdyby miało padać, odpowiednie obuwie do wody i wspinaczki - w naszym przypadku nazywa się to sandał wielozadaniowy, apteczkę, coś do picia i jedzenia, bandamkę lub maskę Covidową, bo podobno będzie się bardzo kurzyć, ręcznik - gdybyśmy chcieli wziąć prysznic. Dodatkowo zabieramy też linki i nasz multitool. Otrzymaliśmy także dokładny harmonogram wycieczki. Zacznie się o 6:00 i skończy ok godziny 12:00. Będziemy jechać jeepami,a potem czeka nas godzinny trekking na sam szczyt wulkanu.

Pinatubo - czynny stratowulkan

Pinatubo to czynny stratowulkan. W trakcie ostatniej aktywności, która miała miejsce w 1991 roku śmierć poniosło ok 800 osób. Wtedy to stracił swój wierzchołek. Kiedyś miał wysokość 1745 m. Po wybuchu ubyło mu 260 m. Teraz góra ma 1486 m, a na jej szczycie znajduje się jezioro. Czeka nas ciekawa wyprawa.

Noc jeszcze, a my starujemy

O 4:30 siedzimy na skuterkach i rozpoczynamy wycieczkę. Google pokazuje, że czeka nas 45 km wycieczka. W dobrą godzinę powinniśmy się uwinąć. Ulice wcale nie okazują się puste. Miasto Angeles nie zasypia nigdy. Widać otwierające się sklepy, oraz wracających z imprez ludzi. Ruch na ulicach na szczęście jest jeszcze niezbyt wielki, więc całkiem szybko przedostajemy się przez centrum miasta i jedziemy do Santa Juliana. Jest ciemno, a o wyjeździe z Angeles jedziemy praktycznie pustymi drogami. Drogi to mało powiedziane. Jedziemy trzypasmowy pustymi autostradami. Mimo długich rękawów i spodni, jest nam dość zimno. Przy prędkości 50 km/h rześkie powietrze nas wychładza.

Zagadka jednej autostrady

Na jednej z autostrad mimo ciemności zaczęły nas wyprzedzać duże motory. Było ich sporo. Może to policja - przyszło nam na myśl. Część z nich migała na niebiesko i czerwono. W życiu na FIlipinach nie widzieliśmy tylu wielkowymiarowych motorów. Dotychczas może ze trzy, w tym jednego benka. Ucieszyłem się, że mój motor też jest tu sprzedawany.
Co ciekawe sporo dróg jest wyposażonych w oświetlenie naziemne. W Asfalt wzdłóż całej drogi są wmontowane świecące lampy. Nocą pięknie taką drogę widać.

Dokumenty do kontroli proszę

Gdy już mamy niedaleko, na drodze pojawia się szlaban. Okazuje się, że wjeżdżamy na teren jednostki wojskowej. Wojskowy każe nam się zatrzymać i kontroluje paszporty. Pyta po co jedziemy. Mówimy, że na wycieczkę na wulkan. Uśmiecha się i życzy nam udanego pobytu. Możemy jechać dalej.

Jesteśmy na czas

Po chwili dojeżdżamy na miejsce. Jesteśmy 20 minut przed czasem. Parking gdzie mamy zostawić skutery jest dobrze oznaczony. Podchodzi do nas Pan i wskazuje gdzie postawić motorki. Pyta się o nasze dane, odnajduje je w telefonie i ucieszony wskazuje nam naszego kierowcę. Ten przejmuje nad nami opiekę. Idziemy z nim do punktu kontrolnego, gdzie wypisujemy dokumenty. Jeden jest przepustką wojskową, drugi dokumentem dla biura turystycznego. Oprócz nas stoi tam jeszcze niewielka grupa turystów.

Zostałem zdyskryminowany

Na dokumentach trzeba było wpisać wiek. Gdy Pani zobaczyła, wpisaną przeze mnie liczbę, natychmiast zawołała pielęgniarkę i kazała mi zmierzyć ciśnienie !!!. Co za dyskryminacja !!! Aleksandra nie musiała. Oczywiście przeszedłem test śpiewająco. Wracamy do auta, przy którym okazało się, że czeka mały człowiek w klapkach. Okazuje się, że to nasz przewodnik trekkingowy. Ma na imię Arnold. Nie takiego Arnolda znamy z telewizji. Jadą więc z nami dwie osoby - kierowca i przewodnik.

Wyruszamy w nieznane

Wskakujemy do odkrytego jeepa i ruszamy. Jeepy wyglądają jak z lat 80-90 tych. Są dodatkowo podniesione i odkryte. Prosta budowa sprawdza się w tym wilgotnym, ciężkim dla wszystkich urządzeń klimacie. Jest 6:00 więc zaczyna świtać. Jasno robi się tu praktycznie natychmiast. Wyjeżdżamy z miasteczka i od razu wpadamy na stado bawołów, które majestatycznie idą na pobliskie pastwiska. Rozchodzą się, żeby umożliwić przejazd naszemu jeepowi. Wyjeżdżamy w wielkie koryto rzeki. W niektórych miejscach płynie woda. W większości jednak jest sucho. W tym miejscu koryto ma jakieś 700 m szerokości. W porze deszczowej pędzi tędy znacznie więcej wody. Tędy też w 1991 roku płynęły zwały ziemi i pyłu wulkanicznego - podobno z prędkością 30 km/h.

Coś nam się tu wąsko robi

Widoki są piękne. W oddali widać zielone wzgórza i wschodzące słońce. Im dalej jedziemy, tym koryto robi się węższe. Teraz ma szerokość ok 200 m. Od czasu do czasu przecinamy wijące się strumienie, rozchlapując wysoko wodę. Do punktu docelowego, czyli miejsca w którym rozpoczniemy pieszą wędrówkę mamy 25 km. W korycie pojawia się coraz więcej kamieni, a piasek skrzy się krzemionkowymi pozostałościami po wybuchu wulkanu.

Czekoladki Toblerone są także dostępne tutaj

Przy wzgórzach o nazwie Toblerone ( od ich wyglądu) lokalni mieszkańcy postawili wiatkę i sprzedają małe banany. Zatrzymujemy się i od razu zostajemy otoczeni przez wianuszek dzieci, które wszystkie pozują do zdjęć pokazując paluszkami znak serduszka. Wspomagamy rodzinę kupując banany. Robimy zdjęcia i jedziemy dalej.

Jest nam coraz ciaśniej

Robi się naprawdę wąsko. Wysokie góry pokryte zielenią zbliżają się już na ok 50 metrów, a głazy zagradzające drogę bywają wyższe od nas. Co chwilę auto wjeżdża w wartko płynący strumień. Wytrząsa nas, ale widoki i frajda z jazdy są tego warte.

Rumaki zostają, dalej już tylko pieszo

Dojeżdżamy do miejsca, gdzie stoi kilka jeepów. Kierowcy siedzą i rozmawiają ze sobą. Turyści ze swoimi przewodnikami wyruszyli już na szlak. Wyskakujmy więc z auta i wyruszamy wąską ścieżką prowadzącą dalej w górę koryta rzeki. Jesteśmy wbrew zaleceniom organizatora grupą klapkowców - łącznie z naszym Arnoldem. Ale on chyba wie lepiej, więc skoro szef wędruje prawie boso, to i my chyba nie mamy się czego obawiać. I teraz uwaga spoiler - nie mieliśmy się czego obawiać.

Patrz pod nogi pacanie

Wędrujemy przepiękną wąską doliną. Otaczają nas ogromne zielone góry. Czasem musimy brodzić w strumieniu. Tu jest przepięknie. Jest po 8:00 więc żar nam nie dokucza. Czeka nas 2,5 km wspinaczka. Teren jednak ma niewielkie nachylenie więc marsz nie jest męczący. Bardziej trzeba uważać na nierówności terenu i kamienie. Po jakimś czasie wchodzimy w zieleń i maszerujemy wśród drzew i palm. Wydeptana przez tysiące naszych poprzedników ścieżka wije się wśród ogromnych kamieni.

Schody do nieba

Cały szlak pieszy jest bardzo dobrze oznaczony. Co chwila są tablice z odległością, oraz słowami otuchy dla wymiękających. Gdy widzimy tablicę „50 m to Crater” nic nie wskazuje, że za chwilę będziemy u celu. A jednak. W końcu pojawia się stromizna i dla ułatwienia życia turystom, betonowe schody.

A gdyby tak dwójeczkę strzelić

Pokonujemy je szybko i naszym oczom ukazują się… dwa niskie, metalowe, pomalowane na żółto szalety hm… wiejskie raczej niż miejskie. Zaglądam z ciekawością, a tam na betonowej wilgotnej podłodze stoi biała niziutka muszla klozetowa bez klap, obok wiadro na zużyty papier toaletowy. Tu na filipinach nie wyrzuca się papieru do muszli, tylko grzecznie odkłada do wiadra, żeby nie zapychać rur. Z ziemi wychodzi kranik z woda, a pod nim kolejne wiaderko z miseczką, którą można nabierać wody i spłukiwać to co zostawiamy w muszli. Wot technologia dbania o środowisko :). Dokąd prowadzi rura z kibelka zbudowanego na wysokości 1450 metrów niestety nie odkryłem.

To jeszcze nie koniec

Nie na szaletach kończy się jednak wycieczka na wulkan Pinatubo. Do pokonania pozostaje druga tura schodów i już przed nami roztacza się przepiękna panorama na góry i znajdujące się pomiędzy nimi jezioro. Nic nie przypomina tragedii, która wydarzyła się tu ponad 30 lat temu. Jesteśmy oczarowani widokami, które zapierają dech w piersi. Siedzimy i wpatrujemy się w otaczający krajobraz. Pięknie !!!. Filipińczycy nie byliby sobą, gdyby nie umieścili tu kilku sprzedawców turystycznych pamiątek. Można kupić np magnesy!!! No i oczywiście napić się soku z kokosa.

Wspólna wieczerza na ostro

Jesteśmy jednak przygotowani i mamy własne jedzonko. Zakupione wczoraj w sklepie ciastka oraz na trasie banany. Częstujemy naszego przewodnika oraz psy, które dosiadły się do naszego wyimaginowanego stołu. Mamy miękkie serca, więc dokarmiamy je. Jedzą nawet paprykowe krakersy.

Wlazł, to i musi zejść

Jest godzina 9:00. Rozpoczynamy marsz w dół. Robi się coraz cieplej, ale otaczające nas wzgórza dają przyjemny cień. Maszerujemy szybko i po 40 minutach jesteśmy przy jeepach. Wskakujemy do swojego i po chwili powoli zjeżdżamy w dół. Jedziemy tą samą trasą. teraz już jest tu zupełnie sucho i gorąco. Jeepy jadąc, wzniecają tumany kurzu. Teraz wiemy czemu polecano nam zabrać bandamki. Po godzinie jesteśmy z powrotem w bazie. Mamy za sobą wspaniałą przygodę.

Miejska gorączka

Odpoczęliśmy chwilkę i wyruszamy w drogę powrotną. teraz czeka nas ponad godzinna podróż w upale i prawdopodobnie dużej ilości aut. Pierwsza część trasy wiodąca przez autostrady okazała się bardzo przyjemna. Nadal były puste.

Top Guny na Filipinach

Jeśli nie liczyć tłumu jadących na porządnych maszynach motocyklistów. Nie mam koncepcji, co jest powodem nagromadzenia takiej ilości super maszyn w jednym miejscu. Chyba nie zlot. Aleksandra ma jednak własny pomysł. W pobliżu jest jednostka sił powietrznych Filipin. Wg Aleksnadry to są same Mavericki. Przecież piloci wojskowi nie będą jeździć do pracy na motorynkach - stwierdza stanowczo. Może ma rację.

Umarli w klapkach

Mijamy most na rzece i trafiamy na zwykłe drogi, które są bardzo zatłoczone. Jazda w tym upale i takim tłumie innych pojazdów jest okropnie męcząca. Gdy dotarliśmy do hotelu, to padliśmy jak kawki. Leżakowanie i zasłużony wypoczynek do końca dnia bez dwóch zdań nam się należy.

FILM

WULKAN PINATUBO

Na wyspie Luzon, niedaleko miejscowości Angeles stoi czynny wulkan Pinatubo. Jego erupcja w 1991 roku spowodowała śmierć ok 800 osób. W jego kraterze obecnie znajduje się jezioro.
-------------------------------
Wybraliśmy się na wycieczkę, aby zobaczyć to miejsce.
Najpierw czekała nas godzinna podróż jeepem, starym korytem rzeki, później godzinny marsz przez dżunglę do samego szczytu.
--------------------------------